.
Twoja samoświadomość rośnie, a mnie jak nie było tak nie ma.
Im mocniej wchodzisz w treść, tym bardziej zagłębiam się w formę.
Jakby jedni się odkrywali, a inni wymyślali.
Tylko dlaczego.. nie czuję się demiurgiem?
Dygresja 2012-02-12 22:21:29
skomentuj (0)
.
Ostatecznie
nie zamalowałeś mnie na zielono.
Dygresja 2012-01-22 21:11:22
skomentuj (0)
założenie
Zacierają się granice między jawą i snem. Zanikają umowne początki i końce godzin, minut, pór dni, tygodni.
Wstaję rano, w nocy, w środku dnia. Wychodzę. Na zewnątrz mgła, lśniący asfalt w świetle latarni, chłód, ciepło, deszcz, przygasające słońce.
Największe rozmycie: przechodzę przez wilgotną, zimną noc, wchodzę do budynku, trzaskając ciężkimi drzwami. Przede mną ciemne korytarze, ciemne schody i liczne, niewidoczne w ciemności szklane przegrody. Pewny i szybki rytm kroków odbija się głośnym echem, wskazując na dobrą znajomość rozkładu pomieszczeń. Układ znam na pamięć. Gdzieś w ciemności, za kontuarem czai się portier. Lub portierka. Jedyny żywy duch w okolicy. Sięgam w ciemności po plik kartek. Tak się zimno zrobiło, słyszę. Szukałam czegoś, żeby się zagrzać. Zapala się punktowe światło. Odwracam się. Wyciągnięta na dwóch krzesłach, zawinięta jak mumia w białe prześcieradło pani portierka. Z końca kokonu wystaje tylko gigantyczny, jasnożółty kok. Absurdalnie, myślę. Nienaturalnie, myślę, gdy przez dłuższy czas nie zjawia się nikt, ale zanim pojawia się to uczucie...
sama nie wiem, czy we śnie bardziej prawdopodobna jes sytuacja, gdy wszystko przebiega bez probelmów, czy gdy nic nie jest tak, jak powinno. Sama nie wiem, co w rzeczywistości jest bardziej podejrzane. Próbuję pokusić się o rozróżnienie, dopiero kiedy awaria wydaje się poważna, gdy kartkuję jeden z tomów instrukcji, bo przecież jestem tylko specjalistką od idei i na inżynierii się nie znam. Ja nie wiem jak coś działa, w najlepszym razie rozumiem, jak działa. Zresztą nie muszę się znać, ale skoro już tu jestem i jest zbyt wcześnie, kartkuję i jednocześnie sposobem Krisa Kelvina weryfikuję jawowość rzeczywistości. Nie ma opcji, żebym sama wymyśliła fizyczną możliwość zaisntnienia problemu, tomiszcza schematów i sam problem. Gorzej, gdy go rozwiązuję... się rozwiązuje sam przy drobnej ingerencji. Może jednak wymyśliłam. Może jednak nie. Nawet lepiej, gdyby wszystko działo się w mojej głowie, bo mogłabym wszystko w ramach samowykreowanego świata.
Dobrze, gdy ktoś wreszcie przychodzi. Obecność, nawet zaścienna, uspokaja myśli.
Ludzie się powtarzają. Przyłapuję ich na tym. Powtarzają w zbliżonych sytuacjach. To ich właściwość, czy właściwość mojego umysłu, który w coraz gorszej kondycji, coraz gorzej stwarza, wytwarza i przetwarza symulację rzeczywistości? Dobrze, że to bez znaczenia, dopóki nie mylę snu (nawet we śnie) ze snem.
Bolałoby mnie, że cała ta idea ani nie jest moja, ani nie jest nowa, ale staję się coraz mniej wrażliwa na swoim punkcie.
Pierwszy dzień choroby.
Poranek. Po na wpół nieprzespanej nocy wstaję wcześnie, bo gaz, ziejąca dziura pod blokiem, konieczność odfajkowania formalności. Puka kominiarz. Uderza mnie bajkowa absurdalność jego stroju. Zwłaszcza cylinder! Zadziwiające, że nigdy wcześniej mnie to nie zadziwiło.
Południe. Kładę się na chwilę na łóżku. Zapadam w półsen. Niby myślę świadomie, ale kontury świadomości rozmywają się, pojawiające się obrazy i wrażenia zyskują pewną autonomię. Wtedy dzwonek do drzwi. Irytacja, że mi przerwano, że nie zdążyłam zasnąć. Wstaję. Wracam. Łóżko w zupełnie innym stanie niż to, na którym spałam. Ślady wskazują, że musiałam przyjąć zupełnie inną pozycję niż ta,którą zapamiętałam. Przyśnił mi się sen i pomyliłam go z jawą. Naprawdę - żadnej różnicy. Gdy to sobie uświadomiłam, linia wspomnienia rozszczepiła się i pamiętałam już obie wersje. Nadal obie równie prawdpodobne i rzeczywiste. Jedną odrzuciłam, zakładając prawdziwość akutalnego doświadczania.
TERAZ JEST PRAWDZIWE.
Konieczne założenie. Uzasadnione, choć nie do udowodnienia.
Dygresja 2011-10-13 23:33:11
skomentuj (0)
rytm
Najważniejszy jest rytm.
Rytm, który umożliwia synchronizację wszystkich komórek ciała.
Najpierw pojawia się delikatne drżenie. Odczuwane jako wibracja przenikająca całe ciało, a tak naprawdę mająca źródło w przepływie krwi i pobudzeniu nerwów obwodowych. Lubię te drgania o niskiej amplitudzie i wysokiej częstotliwości, choć podnoszą pył niepokoju gnieżdżący się w szczelinkach bycia. To drżenie podobne do nikotynowego, jakby wszystkie komórki ciała zostały nagle wybite z położenia równowagi i zaczęły oscylować wokół nich.
Skupiam się na szumie przepływającej krwi, który brzmi trochę jak obijające się o siebie kryształki drobno pokruszonego lodu. Nieprzypadkowy dźwięk, przecież osocze jest zawiesiną ciał morfotycznych i odłamków zamrożonego serca. Dlatego od czasu do czasu czuję delikatne kłucie za mostkiem świadczące o odłupaniu się większego okrucha. Wszystko w obrębie mnie, bez udziału czynników zewnętrznych. Taka jestem samowystarczalna.
Dygresja 2011-07-22 12:11:05
skomentuj (0)
kaprys
Poczułam dzisiaj wyraźny brak zapachu skóry wśród moich perfum. Zadowoliłabym się nawet wyraźnym zapachem drewna wśród jednej z nut, ale takich takich też nie posiadam. Na razie musi wystarczyć nigdy nie noszona, skórzana bransoletka kupiona w innym życiu u przystojnego Indianina. Na nadgarstku kropla mieszanki zawierającej liczi, jaśmin, magnolię, imbir i pieprz tak słodko zdominowana przez intensywnie pachnącą, przypuszczalnie cielęcą skórę. Wystarczy oprzeć głowę na dłoni i pragnienie zostaje zaspokojone.
To tylko chwilowy kaprys, zachcianka na dzisiejsze popołudnie.
Niemniej muszę zaopatrzyć się w męskie perfumy. Chociaż.. po chwili zastnowienia.. Muszę zaopatrzyć się w mężczyznę i zrobić trochę miejsca na jego wody toaletowe. Tak, to dużo praktyczniejsze rozwiązanie.
Dygresja 2011-06-25 16:48:35
skomentuj (0)
lodoszreń
Pewnego dnia niebo po prostu poszarzało, zaczął padać śnieg i tak już zostało. Na samym początku płatki topiły się przy zetknięciu z ognistorudymi kosmykami, rozpływały w kontakcie z ciepłą skórą, ale wreszcie lód przywykł do gorących barw i temperatury ciała, a ciepło przwyczaiło się do obecności chłodu. Wtedy zimno zaczęło powolutku przeciekać do wnętrza. Oszroniło myśli, skuło wyobrażenia, oszkliło pragnienia.
Zamarzłam.
Kiedy odetchnę wystarczająco głęboko, z moich ust wydobywają się pary ciekłego azotu. Wewnątrz mnie panuje tak niska temperatura, że niektóre gazowe pierwiastki natychmiast skraplają się w oskrzelach. Wiem, że kiedyś stężenie ciekłego tlenu niebezpiecznie wzrośnie i moje płuca wybuchną. Tymczasem odczuwm ulgę, że od tak dawna nie oddycham. Dzięki temu wciąż mogę żyć.
Dygresja 2011-06-21 14:00:02
skomentuj (0)
splątanie
Wchodzę w zasięg takiego spojrzenia i naturalność moich ruchów ulega zachwianiu.
Drażni mnie poczucie bycia obserwowaną, gdy samo patrzenie skażone jest ostentacją, a spojrzenie ślizga się wyłącznie po powierzchni. To natychmiast wtłacza w schemat, którego nie mogę w prosty sposób złamać. Wzrok, wyczuwalny nawet wtedy, gdy jestem odwrócona tyłem, osiada ciężko na powierzchniach gestów, ograniczając swobodę działania. Zaburza naturalność i płynność, jakbym nagle, niczym cząstka elementarna, która w obecności obserwatora nieuchronnie wpada w określoną koleinę prawdopodobieństwa, musiała wybrać jedną z możliwych ścieżek postępowania. Oczywiście decyduję się na pozę mocną i swobodną. Sztucznie narzucam ciału luz, co wymaga włączenia elementu kontroli. Zaczynam ocierać się o paradoks. Moje działania już u źródła zmieniają się w parodię swobody, a cała scena ze względu na podział ról trąci tanią teatralnością. Oblepiające spojrzenie przerysowuje gesty, po części uprzedmiotawia podmiotowość. Niby staję się bardziej świadoma siebie, bo moje postrzeganie rozszczepia się i zyskuję dodatkowy punkt widzenia zewnętrznego obserwatora, ale właśnie z tej perspektywy doskonale widzę ślisko-obrzydliwą poświatę całej sceny. Dostrzegam swoje sytuacyjne uwikłanie i lepkie macki bluszczu konwencji.
Nie lubię.
Nawet gdy to nieważny, postronny ktoś.
Nie patrz na. Patrz w.
Spójrz we mnie.
Jak on. Jak ty. Mocno.
Gdy pierwszy raz cię zobaczyłam, miałeś w oczach koniec świata i wpisany w ciało absolutny spokój bycia, który charakteryzuje ludzi krańcowo pogodzonych z własną śmiertelnością. Jakby było ci wszystko jedno, a skoro tak, to można, ale przecież wcale nie trzeba, nadbudować znaczenie.
Gdy pierwszy raz rozmawialiśmy, ledwie musnęliśmy temat znaczeń nadbudowanych na fundamencie braku istotności czegokolwiek. Za bardzo byliśmy skupieni na chłonięciu samej obecności, wypluwaliśmy setki konwersacyjnych zapychaczy tylko po to, by mieć pretekst do bycia obok siebie czy może już ze sobą.
Gdy później, wieczorem pierwszy raz tak na mnie… we mnie spojrzałeś.. nieprzeszywająco, nie przeze mnie, nie na wylot, a właśnie ogniskując spojrzenie w samym, najgęstszym, skłębionym jądrze selfu, wiedziałam, że może nas powiązać coś bardzo mocnego, bo chciałam dotknąć Cię równie głęboko. Siła tego związku nie miała opierać się na bliskości, a na głębokości właśnie. Całymi tygodniami z dala od siebie, bez ograniczania wolności, bez deklaracji, słów, klasyfikacji, po prostu od czasu do czasu zatapialiśmy się w chwilach, będąc ze sobą i w sobie. Stawaliśmy się nawzajem częściami swoich autonomii, a ja nigdy wcześniej (i nigdy później) nie wierzyłam, że można zatracić się, równocześnie nie tracąc niezależności.
Dygresja 2011-06-12 15:08:25
skomentuj (0)


